Home

Advertisement

agnescele
agnescele
:.::.::.:
  Viewing 0 - 17  

Dziwny jest swiat kiedys wstajesz pewnego dnia i nie poznajesz swojego zycia...
Kiedy sprawisz bólowi ból...
Kiedy zabijasz przyjaciela ktorego kochasz
sam po czesci odchodzisz.

Po trochu...ale ...
ale bardzo dosadnie...byc moze na zawsze...
Bo gdy odchodzisz mozesz wrocic...
gdy umierasz...
nie do konca...


"Czas leczy rany"...
ale Czas najwiekszym zabojca niestety tez jest...

Moze to wlasnie o to chodzi zeby zyc dla kogos?
Sprobuj zyc sam dla siebie...
i badz szczesliwy...tak naprawde, a nie tylko z obrazka.

Niektorym osobom napotkanym na drodze zycia powierzysz swoje serce...
obojetnie jak tandetnie to brzmi to...tak wlasnie jest.

Ufasz przyjaciolom?
Komukolwek?
Brawo!
Juz powierzyles serce majac nadzieje, ze nie umrze ono w ich dloniach.
Ze oni jako twoi przyjeciele nie wbija w nie noza.


Zycie dla kogos o tyle ma sens, ze wypiera egzystencje...


Chcialbys gwarancji, ze nikt cie nie zawiedzie? nikt ci jej nie da... nie w tym zyciu...
Ktoregos dnia przestaniesz o tym myslec... dopadnie cie ciemnosc...a te osoby beda przy tobie... ciemnosc nie odejdzie ale zabierze osoby ci bliskie...kiedy zobaczysz slonce pomylisz je z ciemnoscia...


Ktos zawiodl...porzucil serce?
gdzies sie wszytsko pogubilo?
Jakis wiatr poniosl je daleko...
nic nie widzac,
tylko mgłę...brodzac jak ślepy starzec
szukasz znajomej drogi
ktrorej nie ma
czas pojsc nowa droga...


Tam jeszcze moze...
spotkasz tych ktorzy zawiedli...
bo tak naprawde...
czy ty nigdy nikogo nie zawiodles?
moze wlasnie te osoby nie zawiodly ciebie
a to tylko widok z twojej strony barykady?
moze nie chodzi o zawodzenie
lecz o zagubienie?
oddalenie?
Brak mostu laczacego jak dwaniej dwa brzegi
czasami bardzo odlegle?


Moze ten most nie jest spalony?
i doszczetnie zrujnowany?
moze wspolnymi silami da sie go naprawic?
moze...
kto wie?
ja?
ty?
...?
ktos napewno...

Kiedy okazuje sie, ze to z czym walczylismy cale zycie...to co nie podobalo nam sie w zyciu...w innych ludziach, to "cos" tak naprawde znajduje sie w nas...


Wtedy okazuje sie, ze my tez budujemy ten swiat ktorego nienawidzimy, jestesmy czescia niego czy tego chcemy czy nie...

czlowiek czasami jest zdolny przedlozyc potrzeby nad swoje idee... i tu nie chodzi o potrzeby materialne. A cos co znacznie cenniejszego. Dotyk ukochanej osoby, chwila bliskosci w ktrej mozemy poczuc ze znaczymy cos wiecej dla drugiej osoby.
Co znaczy spojrzenie osoby ktora nie widziala wczeniej spojrzenia osoby, ktora kocha go prawdziwie?
Chwila bliskosci to cos czego pragnie...i liczy sie ze moze jej nigdy nie otrzymac.
Nagle znarza sie taka chwila. Ile osob pojdzie za nia slepo zeby choc raz ukoic bol serca i poczuc ukojenie? Niestety chwilowe ukojenie... Nic co nie wzajemne nie jest wiecznie pikene.

Z kazdym uderzeniem wiecej sily...
lecz mniej nadziei.
Na co?
Na wieczny spokoj...
ktorego nie zmaci zaden szyderczy usmiech ,
falszywy usmiech,
brak wsparcia w...
najgorszych momentach zycia...
w ktorych znajdziesz sie sam na sam z demonami.
nikt nie zapali swiatla
by przegonic ciemnosc...
nikt nie poiwe, ze kocha,
ze docenia, ze istniejesz
moze...
pierwszy i ostatni raz to uczyni...
kiedy?
kiedy nadejdzie spokoj...
i odejdziesz,
na zawsze...

Gdzie jest moje miejsce?
Chcialabym to wiedziec.
Mysle, ze miejsce kazdego z nas jest gdzies w sercach innych. Podazajac za nim nie zabladzimy. Bedzie nas kierowac jak matka zblakane dziecko...Pamietajmy jednak, ze w sercu zawsze blakaja sie najrozniejsze watpliwosci, sprzecznosci. Musimy sie w nie dobrze wsluchac zaby znalesc droge.
Gdzie nasze miejsce? Tam gdzie serce nasze...Nie ma wyznaczonej przestrzeni...

Czasami chcemy byc bardziej kims innym niz soba. Mijamy sie wtedy z tym co chcemy uczynic poniewaz nie dosc, ze nigdy nie bedziemy kims innym a tylko jego marna namiastka...to zabijamy siebie samych.
A kto powiedzial, ze osoba ktora jestes jest gorsza od tej ktora chcesz sie stac?
Chec bycia kims innym to marnowanie osoby ktora sie jest...nic wiecej.

Chcialbys byc idealem?
Byc dobry, piekny, madry, miec wszystko i budzic szacunek? dlaczego? o czym bys wtedy marzyl? o tym by nie miec nic? ja widze w braku bycia idealem wiecej niz w samym ideale. Kazda udreka buduje w ludziach cos pieknego.
Kazde cierpienie dodaje szlachetnosci...jakie to tandetne...ale jakie prawdziwe...
Nie bojmy sie cierpiec...to nas nigdy nie ominie.

Największe dramaty pisze zycie...
Dla niktorych dramatem jest kazdy dzien...kazdy kolejny przezyty dzien.
Tak...zdarza sie cos strasznego, tragedia, wtedy wiadomo, cierpienie...zmaganie sie z tym...walka ze soba i z ta sytuacja...ze wszystkim...walka o cos cennego, cos zeby zyc...
Tak... sa dramaty male i duze...ale tak naprawde to wszytsko siedzi w naszych glowach...zalezy od naszego punktu widzenia, w jakiej sytuacji jestesmy, co do tej pory przezylismy i wielu innych.
Ale...cierpienie w obliczu jasnego powodu cierpienia, wlasnych dramatow w naszej glowie ktorych czasami nie widac jest uzasadnione...ale...
Jak mozna nazwac brak konkretnego powodu do przezywania takiego uczucia?
Jesli nie nastapilo nic co mozna nazwac "powodem"...
Jesli najwiekszym dramatem tej sytucji jest walka ze soba...z brakiem powodu ktory jednak jest?Walka by nie zrobic o jeden krok za duzo, by nie stracic wszystkiego, zeby nie posunac sie za daleko...by nie odejsc na zawsze.. by znlesc to tandetne swiatelko w tunelu...nie wazne jakie...jakiekolwiek...wzne zeby byl sens walki...zeby wyjsc z tego.

Czy meczenie sie z tym co jest w nas... ta zalosna walka o cos co nigdy nie nadejdzie, przezywanie a raczej tracenie kazdego kolejnego dnia mozna nazwac dramatem?
To zalezy od punktu widzenia...od tego czy wiemy co to za uczucie...nie! nie wystarczy wiedziec...trzeba poczuc.
Ja bym tego tak nie nazwala ale macie do tego prawo.
Wiem jedno...na wszystko jest odpowiedz, ktorej mozemy nigdy nie poznac...ale ona jest...
i byc moze to uczcie, ktore w tej chwili czujemy jest poczatkiem czegos wielkiego i moze nas zaprowadzic do czegos dobrego...trzeba tylko wytrzmac i zauwazyc to.

Sa chwile w ktorych czuje sie jak oderwana od rzeczywistosci...widzac swoja postac poza swoim cialem...tak jakbym patrzyla z boku...czasem czujac, ze nie istnieje...nie oddycham...



To chwila tak dziwna...chwila w ktorej nie jestes w stanie nic zrobic...a klatki filmu leca dalej...ty zatrzymujesz sie i bez echa przestajesz cokolwiek zanczyc...

Bezsensownosc sama w sobie staje sie twoja smiercia w zyciu...bezsensownosc w ktorej czuc bol...zadnych innych uczuc...zadnej radosci...a niewiarygodna radosc jest w satnie sprawic smutek...ale on rowniez niechetnie przychodzi...nic nie chce przyjsc...
Nadciagaja tylko oddzialy strachu i leku, ktory opętuje umysl i zmysly, ktory gniezdzi sie w głowie, w umyśle, w duszy wydzierajac z niej wszystko jak sęp żywiacy sie twoja dusza...

Czujac sie jak w obłedzie szukasz ucieczki przed tym co jest w tobie, co cie osacza, co staje sie toba...
TY i TO nierozłaczne czesci...to co sie TOBĄ staje, nie przypominja ciebie ale walczac z tym...coraz bardziej sie w Ciebie wgryza...zatapia zęby i nie zamierza poscic...Po czasie To z TOBA zaczyna tworzyc jednosc...przywykasz do tego koszmaru w takim stopniu, ze boisz sie go oposcic...bo czy jesli to stalo sie czescia ciebie to czy jesli odejdzie to bedziesz soba? Czy ta osoba ktora sie staniesz bedzie ta sama, ktora byles żyjac naprawde czy to "cos" tak Cie zmienilo, ze juz nigdy nie bedziesz soba? Bo czym jest bycie soba?

Istnieja rowniez natretne mysli...wdzierajace sie do glowy i urzadzajace sobie tam orgie...nie zapanujesz nad nimi, niewazne jak sie sarasz bo im bardziej chcesz je powstrzymac, zachamowac chociaz na chwile tym bardziej nabieraja sił i z tym wiekszym impetem rozsadzaja od środka...a ty słabniesz nawet jesli jestes silny nie oprzesz sie temu...
Poddajesz sie ich sile, ktora powala...obezwładnia...a ty mozesz tylko skomlec w bezsensie swojego zycia, osaczony lękiem i zastanawiajac sie czy własnie po to przyszedłes na swiat...???

W koncu zostajesz sam...nikt nie rozumie, nikt nie chce tego zrobic, nie potrafi sobie tego wyobrazic szukajac prostych odpowiedzi a do tego jeszcze ocecnia...
czym dodaje ci poczucia samotnosci,
a nawet jesli zechce to zrozumiec to nigdy nie dozna takiego uczucia...czyli nie zrozumie...a przynjamniej nie zycze mu tego...
Co pozostaje?walcz i stawac sie bardziej tym koszmarem niz soba?czy poddac sie i pozostawic "temu" otawrta doroge?Wiem jedno samemu sie nie da rady...i nie ma tu zanczenia twoja sila czy to jaki masz charakter...to dopada i zabija...

W tej chwili, jest sześć miliardów ludzi na świecie...
Sześć miliardów dusz...

Tyle ludzi żyje na świecie...a ja wiem jedno chce poznac ich jak najwiecej i t od srodka...Nie patrzac na ta cala otoczke, ktora czasami tworza w obornie przed swiatem.Nie chcialabym sobie kiedys zdac sprawy z tego ze mnie tak naprawde nikt nie zna w chwili gdy bede odchodzic juz na zawsze...i wtedy nikt juz nie bedzie szansy sie otwarzyc i pozwolic sie poznac.

Bo kiedy nikt nas tak naprawde nie pozna to tak jakbysmy nigdy nie istnieli...a czy tego wlasnie chcemy?...odejsc...i pozostac w pamieci innych jako NIE MY?



Czasem trudno jest sie otworzyc...wymaga to wiecej odwagi niz wszystko inne razem wziete...ale sa chwile w ktorych naprawde warto...nie dla innych ale dla seibie i przy okazji dla innych...i nie zabijajac prawidziwych NAS w innych ludziach.

Czlowiek to dziwna istota...zyjac w swiecie ktory nie akceptuje slabosci...staje sie kims innym niz jest, nie jest wstanie ukazac swojej wrazliwszej strony bo to grozi...czym?zadeptaniem przez pedzacych na oslep ludzi...ktorzy sa tak omotani szybkoscia zycia...ze nie widza nic innego...


Sa ludzie chcacy wrocic do normalnosci...sa ci dla ktorych sens sie konczy tam gdzie zaczyna sie dzien...sa ci ktorzy szukaja w nocy wytchnienia i spokoju...sa tacy ktorzy sa saba kiedy nikt nie patrzy , kiedy otula sie przestrzenia ktora nie ocenia, nie potepia, nie rani...sa zblakane dusze chcace choc chwile zaznac ukojenia...poczuc sie soba w swiecie ktory nie akceptuje prawdziwych uczuc...



A co takiego jest w nocy, ze daje odrobine wytchnienia?tak naprawde nic bo to tylko czesc doby...ale jednak...ma w sobie tak cisze, spokoj...taka magie...pozwala poukladac mysli...wylac cierpienie...oddac pustej przestrzeni kawalek tych uczuc ktorych nie chcemy, zeby swiat ujzal...kawalek cierpienia....to pozstanie tylko miedzy nami a ciemnoscia ktora to pochlonie...a wtedy czesc tego odejdzie...nasza dusza stanie sie lzejsza na tyle zeby znow nazbierac ten ciezar...zeby go udzwignoac i oddac pustce...

Noc...Powiedzialabym ze noc jest najmagiczniejsza czasta calej doby...jest jak czarna kurtyna ktora zjezdza w dol...wtedy mozemy za nia byc soba...pokazac kim naprawde jestesmy...tylko szkoda ze nikt tego nie widzi...nikt nas nie pozna...i mimo tego ze noc jest taka a nie inna, pomoim jej piekna, natchnienia i sily, i tego, ze pomaga leczyc rany duszy, wyslucha nas i nie potepi....nie zapomnijmy o tym ze nie potrafi kochac...nie pozna nas...nie zaplacze nad naszym grobem...jest i bedzie pustka...pustka ktora nie zapstapi drugiego czlowieka...


6.01.07

Rozgladajac sie czasami mam zbyt silne uczucie zdominowania zycia przez materializm,konsumpcjonizm...
Ile dzis oznaczaja dobra materialne?To ile mozemy komus dac, ile jestesmy w stanie komus zalatwic...chyba zabyt często znacza duzo wiecej niz uczucia, pasja, talent,...cokolwiek pieknego.

A co to sexu to...hmmm...ciężko mi powiedzieć ale stałam sie totalnie anty...dlaczego?niech ktos mi powie gdzie nie ma sexu, w jakiej dziedzinie sie nie sprzedaje? tak, to zbyt chwytliwy towar...wszedzie go pelno i jest przedstawiany w coraz to gorszy sposob, juz nie wspominajac o tak popularnych filmach dla doroslych ( czytaj poronsy) ktorych jest tylu zwolennikow, tyle osob to oglada...nie no spoko ale czy to nie sa nazbyt odruchy zierzece? bo ja mam czasem wrazenie ze sex faktycznie znaczy stosunek seksulany i tyle...wyzyjmy sie wszyscy bedzie fajnie...yeah...super moze wszyscy razem tu gdzie stoimy, zrobmy mala orgie bo niby dlaczego nie?przeciez to tylko sex to moze odrazu poeksperymentujmy z roznymi przyrządami...troche perwersji nie zaszkodzi...moze posuńmy sie dalej i zgwalcmy kogos?sex to sex...zwierzeta tak robia to czemu my nie?
Moze zauwazmy w tym miejscu co robi pies jak mu sie chce?no wlasnie...mam nadzieje ze nigdy ten swiat nie zejdzie na psy...co nas hamuje?rozne rzeczy...wykluczajac gwalcicieli ktroch nic nie hamuje...ale problem nie polega nad tym...tu chodzi nie o to co nas hamuje bo wiadomo jak sie wypije to i to przestaje dzialac tu chodzi radzej o sposob patrzenia na to...
hmmmm...jak dla mnie to cale podejscie do sexu nie jest ani fajne ani przyjemne...powiem wrecz totalnie odpychajace...
moze i jestem glupia, wcale nie zaprzeczam, moze mam lekko zwichniete spojrzenie na to, tez nie zaprzecze, ale nie moje wina ze tak czuje...najprawdopodobniej ma to zwiazek z tym co musialo wywrzeć takie a nie inne odczucia...czyli jednym slowem zyjac nie trudno natknac sie na takie rzeczy czy sytuacje ktore potrafia zmienic wiele...


Konsumpcjonizm i takie podejscie jest wszedzie, wiadomo...takie czasy...nie da sie uciec, ale czy naprawde chcemy zeby tak bylo nawet w przyjazni czy milosci?i czy to nadal bedzie przyjazn albo milosc?Jak dla mnie te uczucia powinny byc czyste i bezinteresowne...bo chyba wtedy maja sens prawda?



Wiadomo takze ze kazdy z nas jest konsumentem czy tego chcemy czy nie i nie jest napewno tak ze to ma tylko jedna zla strone...oczewiscie ze nie...ale nalezalo by sie chyba zastanowic gdzie to moze nas zaprowadzic...bo to juz nie chodzi o to ze cos jest i z tego korzystamy to chodzi o cos wiecej...bo jesli mam zyc w swiecie z takimi wartosciami to moze odrazu podziekuje.

Moze jestem dziwna ale dla mnie liczy sie cos wiecej a najsmieszniejsze ze jest tak, ze naprawde piekne rzeczy najczesciej sa darmowe...i nietrzeba tego sprzedawac...nawet sie nie da bo zbyt trudno przedstawic takie rzeczy...nie masowo...nie tak...
moze powiem tak, sa artysci ktorzy sa w stanie przekazac cos...ale to juz wyszza szkola jazdy nie nadajaca sie do reklamy, zbierania widzow, gigantycznych pieniedzy...bo to sie nie sprzedaje.

Boli mnie samo to ze musze ogladac jak sie stacza sztuka chociaz to co obecnie widze to nie wiem jak moge nazwac to jest poprostu " nic ", szanuje sobie artystow ktotrzy nie dali sie skomercjalizować, ktorzy sie nie sprzedali, nie zalezy im na tym zeby jak najwiecej zarobic...jest ich niewielu ale jeszcze sa a reszta to jest poprostu zedanda...jak nie wiesz co zrobic zeby zwrocic na siebie uwage ale chcesz zarobic kase zrob cos sexownego, daj jakies nagie laski do teledysku a napewno bedzie on ogladany...chciaz jak dla mnie to taki sam efekt moze byc przy wylaczonym glosie...a dlaczego?bo to cos nic soba nie reprezentuje...ale w sumie tak naprawde gdyby sie to niesprzedawalo to by tego nie robili...czyli jednak ludzie wola proste,powierzowne rzeczy ktore nie maja sensu.

Na szczescie sa ludzie ktorzy maja tez inne podejscie niz te od ktorego mnie mdli a dla mnie ci ludzie to skarby...

Ciagle szukam siebie,szukam drogi ktora moglabym podazac
ale to nigdy nie jest takie proste i nie uzyskuje sie odpowiedzi na pytania ktore w nas siedza...
ile razy zawdawalam sobie pytanie czemu otworzylam oczy,czy mam cos do zrobienia na tym swiecie?
czy tylko istnieje by przeminac...,by odejsc w zapomnienie...po tak wielkiej walce ze soba, ze swoimi slabosciami,lekami i calym swiatem ktory napiera na mnie czasem z sila tak wielka ze nie moge oddychac...by odejsc w zapomnienie...
Jesli zyje zeby przeminac to czym to zycie jest?nie wiem i nie wiem czy chce wiedziec...i nawet jesli okazalo by sie, ze to jest smutna prawda...to tak naprawde wolalabym zyc z zlodzeniu ze tak nie jest...i moc sie chcociaz przez chile cieszyc tym wlasnie przemijaniem...bo nic nie powtorzy sie dwa razy i warto to wykorzystac pomimo tego czym to jest, czym to zycie jest...



Idac do szkoly czasem rozgladam sie do okola...
wdycham powietrze,delektje sie tym wszystkim co mnie otacza...
patrze na ludzi...zastanawiam sie czy sa szczesliwi...
wielu z nich gna przed siebie maja na twarzy cos co przypomina mi niechec do swiata...
niechec pomom tego ze jest piekna pogoda i sloneczko swieci tak pienie jak tylko potrafi...
sa tez ludzie w ktorych widac szczescie...nie musza to byc ci korzy sie czegos dorobili,ktorzy maja pelno kasy, wspaniala kariere, sa kim i maja wszystko co mogli by chciec...sa to zwyczajni przecietni ludzie...przynajmniej tak wygladaja...
Widzieliscie kiedys staruszkow, taki z siwymi wloskami...ktorzy nawet pomimo zlej pogody ida przytuleni do siebie w taki sposob jakby dopiero co sie w sobie zakochali...dopiero co ujzeli w oczach drugiej osoby cos takiego co przycaga tak bardzo ze nie mozna sie oderwac, jakby dopiero poczuli w sercach cos co daje im sile, cos co sprawia ze druga osoba jest kims tak blskim jakby nas wypelniala, jakby dopiero co poczuli prawdziwa milosci w iedzieli, ze nic nie jest w satanie ich pokanc polki sa...razem.

"ŻYCIE NAPIERA NA CIEBIE Z CIEMNOŚCI
KIEDY TAK JEST ZAWSZE JEST KTOŚ W TWOIM ŻYCIU NA KOGO MOŻESZ LICZYĆ
KOGOŚ KTO BEDZIE NA CIEBIE UWAŻAŁ GDY BEDZIESZ UPADAĆ
KAŻDY TEN MOMENT DA CI SIŁE BY SPOJRZEĆ PRZERAŻENIU W OCZY"

Czy ci ludzie nie sa szczsliwi?Wedlug mnie sa...dostali to co sie liczy najbardziej...cos czego nie da sie kupic i po co warto zyc...trwajac...przemijajac ale czekajac na cos nie powierzchownego lecz glebokiego...
Taki widok powoduje, ze...brak mi slow...oby dane mi bylo zestarzec sie przy kims takim i oby ja byla warta zeby ktos chcial to zrobic przy mnie...I oby kazdy z was mila taka szanse i zyby nikt jej nigdy nie stracil a jesli straci to zeby byl w satnie, byl na tyle silny ale podniesc sie i walczyc by to odzyskac...
oby sie udalo....


A co do przemijania,odchodzenia z zapomnienia to mam nadzieje ze nie trzeba byc kims wielkim zeby moc zyc w czymis sercu...


Wazne jest tez zyby oddac siebie w zyciu...i nie zabierac tego ze soba...wtedy moze zostawimy po sobie cos co bedzie trwac dlugo i nasze zycie nabierze nowego sensu...

Sa momenty w ktorych czuje sie zlym czlowiekiem...
i zastanawima sie co ja na tym swiecie robie,po co zyje...
po to zeby ranic i zawodzic innych?
czy moze rowniez sama siebie?

Nie wiem po co zyje ale czasem w takich momentach mam ochote przydusic sie poduszka zeby juz nic takiego nie zrobic...przestac oddychac...,
ale to jest takie tchórzowskie i chyba nie potrafilabym tak zrobic, bo to nie jest rozwiazaniem jedyne co moge zrobic to walczyc z tym i ze sama soba...ze by sie to juz nie powtorzylo.



Zycie samo w sobie jest ciezkie,
zadaje duzo cierpienia...
a my sami sobie jeszcze troche wiecej go dozucamy...
...chyba nie tak powinno byc?
ale taka jest natura czlowieka
i czy chcemy czy nie i tak kogos zranimy
lub juz zranilismy...
...moze w lasnie w tej chwili ktos przez nas placze,
moze sprawilismy ze cierpi tak bardzo,
ze postanowi cos glupiego zrobic...
oby nie...
...mam taka nadzieje,
ale nigdy nie znamy ludzi tak do konca
i nie wiemy do czego sa zdolni.

A ja nie chce nikogo ranic ani zawodzic bo to mnie rowznie mocno boli jakby to mnie zranoino czy zawiedziono.


John Steinbeck napisał kiedyś:

„Wydaje mi się,
że jeśli ja,
albo ty musielibyśmy wybrać pomiędzy dwoma drogami,
myślenia czy działania,
powinniśmy zapamiętać naszą śmierć,
aby nasza śmierć nie przyniosła światu przyjemności”

Nie chce zyc po to zeby ranic, a juz napewno nie po to zeby kiedy umre ludzie sie cieszyli, czuli ulge...
Chcialabym zeby chciaz jedna osoba zateskinla za man i pomyslala o mnie cieplo.

Jest jedna rzecz której wszyscy pragną obojetnie czy sie do tego przyznają czy nie, czy tego chcą czy nie...to poprostu jest w nich...ta potrzeba...cos bez czego życje to pusta egzystencja, a w dodatku bezsensowna.

Postawcie sobie pytanie czy żyjecie dla siebie?Bo ja chyba nie.Bo życie dla siebie wedlug mnie chyba nie ma sensu...nie wyobrazam sobie tego...

Ile razy kiedy jest cieżko myślimy po co my żyjemy?nic nam sie nie udaje, ranimy innych, inni rania nas, jest nam źle i chcielibysmy przestac istniec bo to tak boli...ale jednak sa osoby ktore nasza strate by bardzo źle przezyli...bo odszedlby ktoś im bliski , ktoś kto często pocieszył, dodal otuchy, dał nadzieję, dał coś, cokolwiek nie koniecznie materilanego. Czasem ofiarował poprostu usmiech czy przytulenie lub poprostu byl, byl przy nas...Lub kiedy chcielismy zeby nas juz nie bylo ten ktos dal nam do zrozumienia ze jestesmy dla niego wazni.
I w tym momencie nie zyjemy juz tylko dla siebie.

Kiedyś dostalam smsa : " Dzieki ze jestes!nigdy o mnie nie zapomnij, bo ja zawsze bede cie miala w moim sercu.nigdy sie nie zmieniaj.kocham cie..."
To bylo w okresie kiedy zastanawialam sie co ja jeszcze robie na tym swiecie...a dzieki temu ze moglam kogos pocieszyc, dodac nadzieji dowiedzialam sie czemu jeszcze zyje...moze wlasnie dla tej chwili w ktorej komus moglam pomoc.
Zyjemy dal tych ktorzy nas kochaja lub korych my kochamy, dla rodzicow, rodziny, przyjaciol...lub tej drugiej osoby z ktora chcemy byc...juz zawsze.

Ta druga osoba chyba nie jest mi dana wiec zyje dla wszystkich ktorych kocham, dla siebie raczej nie bo zycie bez nich bylo by tak puste ze juz dawno by mnie nie bylo...bo bo co wrwac zawieszonym w nicosci, bezsensownie meczac sie i odbierajac miejsce na swiecie innym ktorzy mogli byc dac wiecej dobra odemnie.

Tą rzecza ktorzy wszyscy pragnal jest bycie kims ważnym dla drugiej osoby, kims kochanym, kochajacym...i przex co miec dal kogo zyc...to sie wszystko wiaze ze soba.

Ktos mi powiedział, że lepiej jest nie dawadać nadziei, żadnej a napewno nie fałszywej...
I, ze to nieprawda, ze nie powinnno sie obierac nadziei...
Ale przeież nikt nie powiedział, że daje komuś taka nadzieje...jest pare typów nadzieji...przynajmiej tak mi sie wydaje...
Ale jesli o to chodzi to powiem tak: sa naprawde rozni ludzie i czasem nie mozna im odebrac wszystkiego az to resztki, niektorzy chociaz im powiesz, ze nie ma szans na nic wiecej potrafia sie z tym pogodzic ale chca dalej wierzyc w cos co sie nigdy nie satnie i naprawde ich rozumiem bo trzeba miec czasem powod aby wsatc rano i nawet jesli to ma byc nieszczesliwa milosc czy zludne nadzieje to moze stanowic pewnien sens, ktory zapewne dla wielu bedzie niezrozumialy...bo po co cierpiec?ale chyba lepiej cieriec majac powod niz cierpiec bez powodu z braku sensu, czegokolwiek,nie majac po co wstac i w ogole zatracajac sie zeby w koncu dojsc do momentu w ktorym wypelni go wielka pustka i przestanie istnie niezuwazny przez nikogo, nie kochany przez nikogo i nie kochajacy...
jezeli ta nadzieja ma mu dac chociaz troche sensu to nie moze byc zla, ja nie uwazam zeby byla zla jesli ten ktos nie jest oszukiwany i wie dokladnie jaka jest sytuacja...i jesli potrzebuje tego...jesli to jest swiadome i swiadomie chce miec nadzieje...na cos co moze nie miec najmiejszego sensu.

Jak juz wspomnialam mozna dac rozne typy nadzieji...
Mozna dac nadzieje ze bedzie dobrze, ze wszystko sie ulozy.
Bo jesli ktos robi sobie nadzieje, ze bedzie z nami a my go jasno uswiadomimy, ze nic z tego nigdy nie bedzie to nieznaczy, ze w tym momencie nie mozemy mu dac innej nadziei, bo nadal mozemy byc przy tej osobie ale w sensie przyjazni i dac mu nadzieje na to, ze warto zyc...i ze nie jest sam...



Mozna dac taka w ktorej pokazujemy, ze moze byc miedzy dwiema osobami cos wiecej niz kolezenstwo czy przyjazn...

Jest troche takich typow nadzieji...

Mozna dac wiele nadziei nawet o tym nie wiedzac.

Ostatnio zobaczylam cos takiego : "Nadzieja - największa oszustka wszechczasów " moze i to prawda ale sprobuj bez niej zyc? I teraz w tej chwili pomysl ile wytrzymasz...bez nadzieji...bez ani jej odrobiny...

" Płatki uwiędną,
wiatr je rozrzuci,
czas nosi czapkę złodzieja,
wtedy, gdy bardzo
mroczno na duszy
ciemność rozjaśnia
- Nadzieja. "

Coz bym mogla powiedziec?hmmm...Nie lubie ranic innych, ale juz tak w zyciu jest najczesciej, ze jesli nie zranisz kogos zranisz sam siebie...Musze przyznac ze przez ostatni rok całkiem dobrze mi wychodzilo ranienie samej siebie...co naturalnie odbilo sie na mnie w dosc specyficzny sposob...ale o tym moze na razie nie bede mowic...
W kazdym razie swiadomsc ze kogosc moge zranic jest gorsza od tego jesli ktos mnie zrani...bo tak tylko ja cierpie a jesli to ja zranie to cieripa przynjamniej dwie osoby...

'co mnie nie zabije to mnie wzmocni' jak ja to mowie ;) wiec jesli ktos mnie zrani a przezyje to stane sie silniejsza...jesli zrani wystarszajaco mocno ze nie przezyje to widocznie nie bylam na tyle silna zeby przetrwac zycie.
Bo zycie nie jest proste ani latwe, ale nie chcialabym zeby kogos zycie wygladalo gorzej przezemnie...



i tu maly apel : zastanow sie zanim kogos zranisz, moze przez to bedzie mniej cierpienia wolkol nas...i nie odbieraj nadziei bo moze ona byc ostatnia rzecza jaka ten ktos posiadal.

dlatego ja nie jestem w stanie tak dobitnie uswiadomisc kogos ze nie ma u mnie szans...albo inaczej ze jest tylko kolega...bo boje sie ze odobiore mu ta nadzieje a naprawde wiem ze zycie bez nadziei nie ma sensu...wiec wole raczej pokazywac im ze jestem tylko kolezanka nie dajac im jednoczesnie nadziei na nic wiecej.

Current Mood: thoughtful thoughtful
Current Music: Lips of an angel
  Viewing 0 - 17  

Advertisement